- Zabili mnie! - zawył poeta, jak na zabitego wcale głośno. - Krwawię! Umieram!

Czas Pogardy - Andrzej Sapkowski

 

- Ja – uśmiechnęła się Francesca – gdy ktoś komunikuje mi, że jest apolityczny, zawsze pytam, którą z polityk konkretnie ma na myśli.

 

- Jedziemy. Popędź no tego opasłego wałacha, Jakier.

- Mój rumak nazywa się Pegaz.

- Jakżeby inaczej. Wiesz co? Moją elfią kobyłę też jakoś nazwiemy. Hmmm...

- Może Płotka? - zakpił trubadur.

- Płotka – zgodził się wiedźmin. - Ładnie.

- Geralt?

- Słucham.

- Czy miałeś w życiu konia, który nie nazywał się Płotka?

- Nie.

 

- Starzeję się – mruknął po jakimś czasie, gdy Płotka zrównała się z karoszem Milvy. - Zaczynam miewać skrupuły.

- Ano, zdarza się u starych – łuczniczka spojrzała na niego ze współczuciem. - Odwar z miodunki pomaga na to. A na razie kładź sobie poduszeczkę na siodło.

- Skrupuły – wyjaśnił poważnie Jaskier – to nie to samo co hemeroidy, Milva. Mylisz pojęcia.

 

- Papla – powiedział cicho Geralt. - Gaduła. Kłapigęba. Jęzor by ci w leszczot należało wziąć, bałwanie ty. Wędzidło w zęby wsadzić.

 

- (…) Jeśli będzie bezpiecznie, zawołam głosem krogulca.

- Głosem krogulca? - niespokojnie poruszył brodą Munro Bruys. - Przecie ty pojęcia nie masz o naśladowaniu ptasich głosów, Zoltan.

- I o to chodzi. Gdy usłyszysz dziwny, niepodobny do niczego głos, to będę ja.

 

- Ugotowany! Ugotowany na dekokt!

- Prawda! Czarownica ugotowała kota na dekota!

 

- Szkoda tego kota – powiedział nagle głośno Percival Schuttenbacg. - Ładna była bestia, tłuściutka. Futerko lśniące jak antracyt, ślepia niby dwa chryzoberyle, wąsiska długie, a ogon gruby jak zbójecka pała! Kot jak malowanie. Musiał ci on siła myszów zniszczyć!

Wieśniacy uciszyli się.

- A wy skąd to niby wiecie, panie gnom? - bąknął któryś. - Skąd wam wiedzieć, jak ów kot wyglądał?

- A bo on tam, o, na wozie siedzi. Za waszymi plecyma.

 

- Pod wóz! Kryj się pod wóz, Jaskier, bo nas stratują!

- Nie ruszajmy się... - zajęczał przypłaszczony do ziemi poeta. - Leżmy... Słyszałem, że koń nigdy nie nadepnie leżącego człowieka...

- Nie jestem pewien – wydyszał Geralt – czy każdy koń o tym słyszał.

 

Fringilla Vigo pogłaskała kota, który ocierał się o jej łydkę, mrucząc i prężąc grzbiet, udając, że to gest sympatii, a nie zawoalowana sugestia, by czarnowłosa czarodziejka wyniosła się z fotela