Siła niższa - Marta Kisiel

- Jak to: zniknął?
- Tak po prostu. Wziął – i zniknął.
- Ludzie nie znikają tak po prostu – odparowała kategorycznym tonem. – Przeprowadzają się, wyjeżdżają, ukrywają się przed komornikiem, czasem, owszem, lądują w dole z wapnem, ale nie znikają tak po prostu, sami z siebie.

 

„Siła niższa”, dalszy ciąg świetnej powieści „Dożywocie”. Czekałam na tą książkę z utęsknieniem, biegłam do księgarni na złamanie karku i na pogwałcenie pomarańczowego światła, i co? Spędziłam z tą książką grubo ponad miesiąc. Nie przeczytałam jej na jednym wdechu, nie zarywałam nocek, nie oplułam ani razu kartek ze śmiechu. Mimo to, „Siła niższa” dostaje ode mnie dumne cztery gwiazdki na możliwych pięć.

Język Ałtorki jak i bohaterowie okazali się być na całkiem niezłym poziomie, trafiło się też kilka zabawnych anegdot, ale bez szału, bez przesady, bez należytej ilości – dużej. Szkoda. Ałtorka bardzo dobrze natomiast (w mojej niepodpartej doświadczeniem ocenie) opisała ciążę, poród, samą istotę macierzyństwa, zachowawszy przy tym typowy dla siebie humor, z lekkim zadatkiem wczesnej paniki.

Akcja w książce jakaś jest, ale nie gna zbyt szybko. Można poczuć się normalnymi bywalcami tego „normalnego” świata. Powroty dawnych, przybywanie zupełnie nowych, ciągła bytność głównych bohaterów – elegancko, tak być powinno!

Nie ma już Lichotki, to i dożywocie inne. Ot, życie.

 

Potrafiłbym pisać jak Szczęsny, ale... z braku lepszego słowa powiedzmy, że myśleć... Cóż. Myśleć jak Szczęsny potrafił tylko sam Szczęsny. A i on miewał z tym spore problemy.

 

- No to może za Thora?
- Och, Thor byłby zbyt oczywisty. Poza tym – odchrząknął nie bez skrępowania – ostatnio trochę zaniedbałem sześciopak.
- No co ty? – Konrad zrobił wielkie oczy. – Przecież ty pakujesz nieustannie! Jak nie sernik, to pączki!

 

Paciorkowe oczka niespiesznie, lecz nieubłaganie wwiercały się w jego niskopienne jestestwo, docierając jak po sznurku do najskrzętniej skrywanych tajemnic. Wiem, o czym marzysz, kiedy nikt nie patrzy, mówiły. Wiem, czego się lękasz, gdy w środku nocy zakopujesz stopy głęboko pod kołdrą.

 

 

- Krew z mych lędźwi! – rozczulił się Szczęsny, pęczniejąc z dumy nad telefonowym Niebożątkiem, aż mu się ektoplazma zapowietrzyła.
- No, jak z lędźwi, bratku, to raczej nie krew...

 

Tymczasem wprawne oko Carmilli, otaksowawszy rozradowanego Pawła, szybko wychwyciło kluczowe szczegóły – ogólną bladość wbrew słonecznej pogodzie, zmierzwiony włos, przekrwione białka, a na pomiętej koszulce niedoprane plamy po materii organicznej, w których pochodzenie żaden człowiek przy zdrowych zmysłach wolałby nie wnikać. Krótko mówiąc, stał przed nimi młody rodzic na krawędzi wytrzymałości, skrywający ogrom swego niewyspania i przytłoczenia nadmiarem wszystkiego za odrobinę zbyt szerokim uśmiechem.