Świat to nie żadne fiu bździu...

Ram Dass i Król Zachodnich Smoków - Julita Grodek

 

 

Pierwszy rozdział zapowiadał zaskakująco ciekawą historię...

 

Kupiłam tą książkę zaraz po premierze i szczerze mówiąc zapomniałam, o czym właściwie jest, gdy w końcu wzięłam ją do przeczytania. Wyobraźcie sobie zatem, jakie wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że akcja rozgrywa się w przyszłości i żaden z bohaterów nie myśli nawet o tym, by zadźgać coś lub kogoś mieczem. Zamiast tego o poranku na parapet wskakuje mechaniczny kogut i nie przestaje piać dopóty dopóki domownicy nie zwleką się z łóżek (całe szczęście, że w naszych czasach są jeszcze drzemki!), a ludzie jedzący kanapki z chleba wypiekanego w piecu i pomidorów hodowanych w brudnej ziemi uważa się za dziwaków i ekstrawertyków.

 

Nos na czterech łapach.

 

Do tej mieszanki dochodzi jeszcze kilka jeszcze mniej przyjemnych faktów, jak na przykład to, że żywy zwierzak domowy jak pies czy kot to prawdziwa rzadkość.

 

Ku mojej radości w fabułę wplątało się również coś na kształt klasycznej karczmy pełnej bohaterów rodem z gier RPG! Niesamowite, mimo swojej obowiązkowej obecności w grach fabularnych, w książkach, często będących ich inspiracją, jest ich       opłakanie mało. Na tyle mało, że jestem gotowa powiedzieć, że to jedyna, jak dotąd,             przeczytana przeze mnie książka, w której natrafiam na karczmę pełną poszukiwaczy smoków. I to w przyszłości. Żłobiących zmodyfikowane alkohole. I to bez mieczy. Skandal!

 

Moja koncepcja jest następująca: świat to nie żadne fiu bździu, tylko jeden wielki obóz koncentracyjny, popędzany batem okrutnego Wszechkata, który stworzył do w ramach jakiegoś zboczonego eksperymentu. Ludzie płaszczą się przed nim, błagają o miłosierdzie i zapewniają, że są grzeczni, ale ukradkiem, kiedy myślą, że ich nie widzi, robią sobie nawzajem świństwa i popełniają potworne zbrodnie. Mmmda. Oto czym jest świat. Codziennie zadaję sobie pytanie: gdzie wobec tego jest Bóg Zawsze Dobry, i o co w tym wszystkim chodzi. Nie znam odpowiedzi. Śledztwo w sprawie ciągle trwa. Jest to jeden z tych przypadków, gdy nie może być mowy o przedawnieniu.

 

W książce natrafiamy również na porównanie dawnej prawdy z obecnym fałszem. Dobre imię jest niszczone dla dobra turystyki, zysku i wiecznego dążenia do ułatwienia, a przy tym upłycenia sobie życia. Jak zniszczyć coś wyjątkowego? Skopiuj w tysiącach egzemplarzy i udostępnij dla mas.

 

Fałszując obraz, odbierasz dobre imię i pamięć. Widzisz, dawno, dawno temu człowiek zawierał ze smokami - tymi prawdziwymi - pakt i prosił o ochronę. Jeśli nie dochodziło do porozumienia, stawał do walki, jak równy z równym. Jeśli miał szczęście, wygrywał, a potem w długie zimowe wieczory opowiadał o swoim pojedynku i wszyscy słuchali z zapartym tchem. Teraz człowiek maluje na kubku do herbaty różowego idiotę i wmawia sobie, że to właśnie jest smok.

 

Minusem, jak dla mnie, jest czarny charakter. Klasyczna, tajemnicza postać, pojawiająca się w momentach radości i rozluźnienia, zawsze jako czarny kontur gościa w meloniku na tle jaśniejącego słońca. Mroczność i dramatyzm w każdym calu, niestety w negatywnym dla powieści sensie. Dobitką owego dramatyzmu jest umieszczenie powieści w fantastyczno-realistycznym świecie, w którym natrafiamy na kosmitów, nauczycieli-robotów, paktów ze smokami i nagle... Bum! Biblię! Umieszczenie tu wiary chrześcijańskiej nijak pasuje do całej reszty.

 

- Poszły won, niech was nakarmi ktoś inny.

- Griau? - zapytał retorycznie Magog.

- Riauu! - rozdarł się Gog, co miało znaczyć: "Na Bogokota! Czy nie widzisz, że konam z głodu?!"

 

Mniej więcej do połowy książkę czytało mi się przyjemnie, płynnie, szybko; dokładnie tak, jak być powinno. Jednak później coś się zepsuło. Wplątanie w cały ten fikcyjny świat wiary chrześcijańskiej, zapełnianie stron dziwnymi, niezrozumiałymi przemyśleniami bohatera miast akcją. Serio, zaczęłam uważać, że to nie powieść ale swojego rodzaju poradnik, kompendium wiedzy dla zbłąkanych, czy coś tego typu.  Fabuła po prostu zniknęła (no dobra, zmalała do rozmiaru kornika), niby coś się działo, chociaż nie potrafiłam tego zauważyć. Do końca dobrnęłam w pocie czoła i zgrzytając zębami. Rzadko bowiem zdarza się, że żałuję zakupu jakiejś książki. A w tym przypadku niestety tak jest.

 

Reasumując... Coś jest w Ram Dassie. Coś, co sprawiło, że przez pierwszą połowę przeleciałam jak dachówka spadająca ze szczytu dachu, a w drugiej, zamiast majestatycznie grzmotnąć komuś w głowę, utknęłam w rynnie pełna żalu. Książkę oceniam na dwie gwiazdki: za ten ciekawy obraz świata i pierwszy fragment, zrujnowane brakiem życia, akcji i, nie oszukujmy się, ciekawości.